Dark

Auto

Light

Dark

Auto

Light

Za koło podbiegunowe

Z gminy Gniewino na daleką północ. Ponad 6400 kilometrów, koło podbiegunowe, Lofoty, tysiące wysp i fiordów oraz samotna żegluga przez wymagające wody Norwegii.

Nie każda niezwykła historia zaczyna się od wielkich planów. Czasem wszystko zaczyna się od dziecięcego marzenia i decyzji, by w odpowiednim momencie życia po prostu obrać własny kurs.

Dziś na łamach Gniewino24.info przedstawiamy niezwykłą historię Adriana Zieleniaka, pochodzącego z gminy Gniewino, który na pokładzie swojego ośmiometrowego jachtu „Stolemka” wyruszył z Karlskrony w długą wyprawę na północ Norwegii. Podczas podróży pokonał 3466 mil morskich, czyli ponad 6400 kilometrów, docierając za koło podbiegunowe i na Lofoty.

To opowieść nie tylko o żeglowaniu. To historia o spełnianiu marzeń, trudnych decyzjach, samotności, rodzinie, pokonywaniu własnych granic, ale także o niezwykłym pięknie północy. Do historii Adriana dołączamy również zdjęcia wykonane podczas wyprawy, dzięki którym możemy choć na chwilę zobaczyć ten niezwykły świat z perspektywy pokładu „Stolemki”.

Poniżej publikujemy pełną opowieść Adriana – jego wspomnienia, emocje, chwile zwątpienia, spotkania i momenty zachwytu, które na zawsze pozostaną w jego pamięci.


Za koło podbiegunowe

Każdy z nas ma w sobie jakieś dziecięce marzenie, o którym z dorosłej przyzwoitości woli czasem nie pamiętać.

Sam miałem dokładnie tak samo.

Nigdy nie planowałem, że wyruszę w taką podróż. Nie dlatego, że mi się nie marzyła. Po prostu nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek będę mógł zniknąć na trzy miesiące i popłynąć w nieznane.

Paradoksalnie taka możliwość pojawiła się w momencie, gdy znalazłem się na zakręcie mojego życia zawodowego. Dostrzegłem wtedy szansę na zdobycie czasu, którego wcześniej nigdy nie posiadałem. Wiedziałem, że taka okazja może się już nie powtórzyć.

Wyruszyłem więc z Karlskrony swoim ośmiometrowym jachtem „Stolemką” w długą, samotną wyprawę na północ Norwegii.

Podczas całej podróży pokonałem 3466 mil morskich, czyli ponad 6400 kilometrów. Dotarłem za koło podbiegunowe i na Lofoty, a następnie wróciłem do Szwecji. Kiedy patrzę dziś na ten dystans, sam jestem trochę zaskoczony, że rzeczywiście udało mi się tego dokonać.

Samotna wyprawa, choć nie zawsze samotna

Przez pierwszy tydzień, na części znanych mi już wcześniej wód, towarzyszyła mi moja żona. Później spotkaliśmy się również na Lofotach, gdzie razem z dziećmi spędziliśmy około dwóch tygodni, żeglując po tym pięknym archipelagu.

Rejs na północ i późniejsza droga powrotna były jednak przede wszystkim długim i samotnym żeglowaniem.

To nie były wakacje.

Bardzo szybko przestałem myśleć o tej wyprawie w takich kategoriach. Ten rok był dla Norwegii bardzo niestabilny. Było dużo deszczu i bardzo silnego wiatru. Wychodząc w morze, musiałem więc podejmować trudne decyzje, w których nie było miejsca na lekkomyślność.

Pierwsze tygodnie przyniosły dużo zimna i deszczu. Robiłem wtedy bardzo długie przeloty, podczas których spałem absolutne minimum. Im dalej na północ, tym mniej stabilna była pogoda, a kiedy już się stabilizowała, była to stabilnie zła pogoda.

Pojawiły się również pływy i silne prądy, które potrafiły przez cały dzień odbierać niemal cały efekt mojej pracy. Zdarzały się dni, kiedy przez walkę z prądem pokonywałem nawet mniej niż połowę zakładanego dystansu.

To było bardzo frustrujące.

W drodze powrotnej przez wiele tygodni zmagałem się z kolei z bardzo silnym wiatrem. Wtedy musiałem stawić czoła temu, co budziło mój największy respekt, a wręcz strach.

Falom. Wielkim oceanicznym falom.

Ja i moja „Stolemka” wyglądaliśmy na ich tle jak mały paproch, a to, że wciąż próbowaliśmy przemierzać tę wodę, wydawało się wręcz zabawne.

Kryzys

Były momenty, kiedy miałem naprawdę dosyć.

Dwa z nich szczególnie mocno zapamiętałem. Co ciekawe, w obu przypadkach mechanizm był bardzo podobny. Kryzys nie pojawił się nagle, ale narastał stopniowo, dzień po dniu.

Pierwszy pojawił się w połowie drogi na północ, po długim okresie niemal ciągłego deszczu. Przez około trzy tygodnie temperatura utrzymywała się w granicach 8–10 stopni, a deszcz praktycznie nie ustawał.

W końcu zabrakło mi suchych ubrań. Nic nie chciało schnąć, a wilgoć zaczęła być dosłownie wszędzie — również we wnętrzu łodzi i w pościeli. Po wielu takich dniach coraz trudniej było mi rano myśleć o kolejnym dniu, który miał wyglądać dokładnie tak samo.

Właśnie wtedy odbyłem jedną z najważniejszych rozmów całej wyprawy z moją żoną.

Powiedziałem jej, że mam dosyć. Naprawdę dosyć i nie wiem, co zrobić.

Spodziewałem się, że doradzi mi, żebym może został tam, gdzie jestem, odpoczął, popływał po okolicy, powędkował i po prostu przestał cisnąć na północ.

Tymczasem ona powiedziała mi tylko:

— Nie poddawaj się, płyń dalej.

Było to dla mnie bardzo ważne. Z wielu powodów łatwiej i bezpieczniej byłoby jej powiedzieć: „Zostań, odpocznij, wracaj powoli”. A ona powiedziała mi, żebym się nie poddawał i płynął dalej.

Wielkie fale

Drugi kryzys był związany z falami.

W drodze powrotnej miałem kilka tygodni, gdy wiatr nie bywał słabszy niż 7 stopni w skali Beauforta, a morze już po kilku dniach zbudowało wielkie fale.

Ich charakter nie zależy wyłącznie od siły wiatru. Płynąc wśród archipelagu, trzeba pamiętać, że to, co widzimy nad powierzchnią, jest tylko częścią krajobrazu. Pod wodą znajdują się kolejne wzniesienia i przeszkody, które potrafią całkowicie zmienić zachowanie morza.

Kiedy fala napotyka płytszą wodę lub takie przeszkody, może stać się znacznie wyższa i bardziej stroma.

Były więc momenty, gdy kolejne fale przychodziły tak blisko siebie, że po zjechaniu z jednej łódź nie zawsze zdążała wspiąć się na następną. Wtedy dziób wbijał się w jej ścianę, a woda przelewała się przez cały pokład.

Płynąc z falą, sytuacja również potrafiła być niebezpieczna. Fala doganiająca od tyłu, zamiast przejść pod łodzią, zaczyna unosić jej rufę i pchać ją do przodu. Łódź nie tylko przejmuje jej prędkość, ale dodatkowo zaczyna sunąć, wręcz surfować po jej zboczu w dół.

„Stolemka”, zamiast swoich zwyczajowych 5–6 węzłów, rozpędzała się wtedy nawet do 11.

Pędząc wraz z opadającą wodą fali, ster tracił na skuteczności, a dodatkowo będąc pchanym od tyłu, jacht łatwo mógł gwałtownie obrócić się bokiem, czego konsekwencją mogło być wywrócenie.

Po wielu dniach z rzędu w takich warunkach, bez dnia ulgi, kiedy o każdą kolejną pokonaną falę trzeba było walczyć, pojawiła się u mnie ogromna niechęć, a wręcz blokada przed ponownym wypłynięciem.

Mimo tego uczucia wstawałem i łapałem za ster.

Dziś wiem, że choć wtedy najbardziej chciałem, aby ten wiatr w końcu osłabł, to właśnie te pięć tygodni dało mi doświadczenie, którego nie dałoby mi nawet wiele spokojnych sezonów na wodzie.

Stolemka

Ponadto nie byłem tam sam.

Była ze mną „Stolemka”, która dzielnie stawiała opór wzburzonemu morzu i ilekroć sytuacja wymykała się spod kontroli, zawsze pomagała mi wyjść z tarapatów.

Z czasem przestałem myśleć o niej jak o zwykłej łodzi. Po tym wszystkim, co wspólnie przeżyliśmy, stała się dla mnie czymś znacznie więcej.

„Stolemka” to Albin Accent — 26-stopowy, czyli ośmiometrowy jacht mający już ponad pięćdziesiąt lat.

Nie imponuje rozmiarami, ale właśnie w trudnych warunkach potrafi pokazać swoją najlepszą stronę. Ten model słynie z dzielności, stabilności i solidnej konstrukcji, a podczas wyprawy wielokrotnie miałem okazję przekonać się o tym osobiście.

Kiedy fale robiły się zbyt wysokie, a morze przestawało być spokojne, właśnie wtedy najbardziej doceniałem jej stabilność i to, jak pewnie zachowywała się na wodzie.

Sama jej nazwa „Stolemka” również nie jest przypadkowa. Nawiązuje do stolemów — legendarnych gigantów z kaszubskiego folkloru, mocno związanych z tożsamością mojej rodzinnej gminy.

Choć od kilku lat mieszkam w Szwecji, podczas wyprawy płynąłem pod polską banderą, a na wantach „Stolemki” powiewała również flaga kaszubska.

Mimo życia poza Polską moje poczucie przynależności właściwie się nie zmieniło. Wciąż bardzo mocno czuję swoje związki zarówno z Polską, jak i z Kaszubami oraz miejscem, z którego pochodzę.

Coraz dalej na północ

Razem z moją „Stolemką” ruszyłem więc w tę wyprawę na daleką północ.

Z każdym kolejnym dniem zostawialiśmy za sobą nie tylko kolejne mile, ale również świat, który do tej pory znałem.

Góry rosły i piętrzyły się coraz wyżej, a na ich szczytach coraz dłużej zalegał śnieg. Lasy stopniowo się przerzedzały, a drzewa stawały się coraz niższe. Z kolejnymi milami północ odbierała krajobrazowi wszystko, co nie było w stanie wytrzymać jej warunków.

Morze również się zmieniało — było coraz zimniejsze, ale jednocześnie jego woda stawała się niezwykle przejrzysta. Porty za to stawały się mniejsze i bardziej surowe, chowając się za coraz większymi falochronami.

Z każdym następnym dniem oddalałem się nie tylko od domu, ale też od świata, który znałem.

Nawet zwykły rytm dnia powoli przestawał obowiązywać.

Początkowo słońce tylko na chwilę chowało się za horyzontem, jakby nie chciało jeszcze całkowicie ustąpić miejsca nocy. Zachód niemal niezauważalnie przechodził we wschód, a ten piękny spektakl trwał po kilka godzin.

Z czasem jednak słońce przestało znikać za horyzontem zupełnie, a noc po prostu przestała przychodzić.

Szybko zmieniło to również mój własny rytm życia. Z czasem coraz rzadziej funkcjonowałem rano. Paradoksalnie właśnie wtedy pogoda często była najbardziej kapryśna, podczas gdy popołudnia i noce bywały spokojniejsze i bardziej stabilne.

Zacząłem więc wykorzystywać właśnie te godziny, a do łóżka kładłem się czasem dopiero około czwartej nad ranem.

Zresztą trudno było powiedzieć, czy położyłem się za późno, czy może za wcześnie. Dzień mógł zacząć się właściwie o każdej porze.

W świecie, w którym człowiek przestaje być najważniejszy

Płynąc dalej na północ, coraz częściej miałem dni, gdy nie spotykałem absolutnie nikogo na swojej drodze.

Innych jachtów, które widywałem, było zaledwie kilka. Szybko zacząłem więc rozpoznawać je i ludzi, którzy nimi płynęli.

Mimo że każdy z nas miał własną trasę oraz własne tempo, często po paru kolejnych dniach i setkach mil znów spotykaliśmy się w którejś z marin. Z czasem wszyscy już się znaliśmy i nawiązaliśmy serdeczne relacje, sprawiając, że ten wielki, pusty świat wokół nas stał się jakby trochę mniejszy i bardziej znajomy.

Im dalej na północ płynąłem, tym bardziej miałem wrażenie, że człowiek przestaje być tam najważniejszą częścią krajobrazu.

Na mojej drodze pojawiali się inni mieszkańcy tego świata — foki odpoczywające na skałach, kolonie maskonurów czy delfiny raz po raz wyskakujące wysoko ponad lustro wody.

Aż w końcu również grindwale, których masywne sylwetki niespodziewanie wynurzyły się tuż przy mojej burcie, wydmuchując strugi powietrza.

Lovund

Patrząc na rozległe przestrzenie, gdzie czas zdawał się stawać w miejscu, a po dniu nie przychodziła noc, można było odnieść wrażenie, że znalazłem się w zupełnie innym świecie.

Cała ta wyprawa była dla mnie fascynującym przeżyciem. Po drodze widziałem tysiące wysp i fiordów, same Lofoty, odwiedziłem lodowiec i przekroczyłem koło podbiegunowe, co było dla mnie szczególnym momentem.

Wśród wszystkich tych pięknych miejsc i widoków jeden szczególnie utkwił mi w pamięci.

Były nim okolice wyspy Lovund.

Morze było tam spokojne, a na horyzoncie majaczyły błękitne zarysy wysp — właściwie pojedynczych gór wyrastających wprost z morza.

Wszystko to było skąpane w magicznym, pomarańczowym świetle.

Byłem tam zupełnie sam. Zachwycony pięknem i ogromem tamtego świata.

Czułem wtedy, że nie ma na świecie nic piękniejszego niż być właśnie tu i, będąc na pokładzie własnego jachtu, przemierzać ten fascynujący świat.

To, co zostało

Z perspektywy czasu zauważyłem też coś dziwnego.

Tymi największymi wspomnieniami tej wyprawy nie zostały dla mnie ani wieloryby, ani Lofoty, ani nawet cały pokonany dystans.

Najmocniej pamiętam właśnie te chwile, których w ogóle nie planowałem.

Rozmowę z żoną w chwili kryzysu.

Dumę, którą słyszałem w głosie mojej mamy, gdy do mnie dzwoniła.

Ten piękny moment przy Lovund.

Oraz spontaniczne pożegnanie ze „Stolemką”.

Kiedy po całej wyprawie przyszedł moment, żeby zostawić „Stolemkę” w porcie i wrócić do domu, poczułem coś, czego wcześniej zupełnie się nie spodziewałem.

Po tym całym czasie, gdy byliśmy razem, i po wspaniałej przygodzie, którą przeżyliśmy, było mi bardzo trudno zostawić ją tam samą, w porcie i w tej panującej wtedy ciszy.

Naprawdę nie wiedziałem, co mam zrobić.

W pewnym momencie spontanicznie przytuliłem się do jej dziobu i powiedziałem tylko jedno słowo:

„Dziękuję”.

Ta piękna, ale też długa i wymagająca wyprawa uświadomiła mi jedną bardzo ważną rzecz.

Że można też obrać własny kurs.

Wtedy również pojawiają się trudności, kryzysy i chwile zwątpienia, ale będą to przeszkody na drodze, którą samemu się wybrało.

Po tej wyprawie wiem, że warto się z nimi mierzyć, jeśli po drugiej stronie czeka życie, które naprawdę jest nasze.


Autor: Adrian Zieleniak
pochodzący z gminy Gniewino, żeglarz i uczestnik wyprawy na daleką północ

Leave A Comment

Gniewino24.info - Codzienne wiadomości
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.